Nawigacja
Strona główna

Forum
Galeria zdjęć
Księga Gości
Download
Linki

Chorągiew Koszalińska ZHP 1950-1993:
Przed włączeniem w ZMP
Początki Chorągwi
Duma Chorągwi
Władze Chorągwi Koszalińskiej
Poczet Komendatów Chorągwi
Rozkazy Komendanta Chorągwi
Sztandary, odznaczenia
Harcerski Ośrodek Morski w Kołobrzegu

Chorągiew Środkowopomorska ZHP 1993-1998:
Rozkazy Komendanta Chorągwi
Władze Chorągwi

Chorągiew Zachodnio-Pomorska 1945-1950:
Pierwsze dni Chorągwi Zachodnio-Pomorskiej ZHP
Władze Chorągwi Zachodniopomorskiej ZHP 1945-50

Hufce Chorągwi:
Hufiec ZHP Koszalin
Hufec ZHP Szczecinek
Hufiec ZHP Sławno

Naczelnictwo ZHP:
Wiadomości Urzędowe ZHP

Komisja Historyczna Hufca:
Skład Komisji Historycznej Hufca
Regulamin KHH
Archiwum Hufca
Wydania KHH
Wydania inne

Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 4
Najnowszy użytkownik: Zdzislaw Derdon
Hufiec ZHP Sławno

 

 

Sławno, dn. 28.10.1999 r.

hm. Stanisław Poprawski
 

W blasku harcerskiej lilijki

 

Rzecz o organizacji i działalności drużyn harcerskich na terenie powiatu Sławno
w latach 1945-49

 
1. Wstęp
 
    Mówić dziś o harcerstwie lat 1945-1949, to jakby mówić o czasach prehistorycznych. Sytuacja dla obu tych okresów wydaje się być podobna. Łączy je wspólna cecha, wyrażająca się brakiem ciągu historycznych zdarzeń, przekazów w formie opisowej. Wyróżnikiem jedynie jest to, że okres pierwotny archeolodzy potrafią opisać prawie bezbłędnie, na podstawie wykopalisk, znalezisk bądź też bezpośrednio opisać dzieje z profilów gruntu, nałożonych na siebie przez wieki warstw poszczególnych kultur. Opisy historiograficzne, dotyczące lat bezpośrednio po II wojnie światowej, szczególnie w odniesieniu do harcerstwa, są na tyle skąpe, że bez przesady można powiedzieć, że ich nie ma.   
    Jaka jest tego przyczyna? Czy zbyt mało uwagi poświęcili nasi poprzednicy temu zagadnieniu, czy też nieludzki stosunek niektórych osób do dokumentów w ogóle, a dotyczących harcerstwa w szczególności, zaważył na tym. A może po trosze jedno i drugie.
    Jestem w posiadaniu pisma Chorągwi Zachodnio-Pomorskiej ZHP w Szczecinie z dnia 6 września 1949 r., Nr-1979/os/49, zobowiązującego Andrzeja Trzeszczkowskiego – ówczesnego komendanta hufca sławieńskiego do przekazania agend Komendy Hufca, pracownicy ZP ZMP w Sławnie – Krystynie Paradowskiej. Idąc śladem tej informacji otrzymałem od wymienionego wyżej hufcowego wyjaśnienie, z którego jednoznacznie wynika, że dokumenty te przekazał osobie wskazanej w piśmie. W tym miejscu kończy się sprawa, bowiem urywa się ślad tej dokumentacji. Być może zostały zniszczone lub też są gdzieś zdeponowane i czekają na ich odkrycie.
    Istnieją natomiast szczątkowo dokumenty u osób prywatnych – dawnych harcerzy – w postaci różnych pism, zaświadczeń, notatek a nade wszystko w postaci książeczek służbowych. Te ostatnie stanowiły swego rodzaju dokument tożsamości harcerza, który ze względy na wpisy dot. np. daty składanych przyrzeczeń, uzyskanych stopni, zdobytych sprawności, itp., stanowić mogą istną kopalnię wiedzy o całokształcie życia harcerskiego i przebiegu służby. Gdy do tego jeszcze dodać zdjęcia fotograficzne, które potrafią w znakomity sposób odświeżyć ludzką pamięć, to sytuacja wydaje się być nie tak beznadziejna, jak pierwotnie sądziłem. Tak więc możliwe jest odtworzenie historii harcerstwa sławieńskiego. Dlatego właśnie podjąłem się tego zadania. Rzecz całą zacząłem od wystosowania apelu do znanych mi byłych harcerek i harcerzy w nadziei uzyskania interesujących mnie danych. Służyć temu miała opracowana w tym celu ankieta, która po wypełnieniu miała stanowić podstawowy bank danych. Na dzień dzisiejszy nie spłynęły jeszcze wszystkie odpowiedzi, ale te które otrzymałem dają już jakieś wyobrażenie o organizacji. Z tej też racji artykuł ten nie wyczerpuje wszystkich zagadnień, ponieważ brakuje w nim jeszcze wiele ogniw, w tym łańcuchu harcerskich zdarzeń. Dla przykładu podaję, że rozpoznałem w miarę dobrze zaledwie 9 drużyn z terenu powiatu, a przecież hufiec w 1949 roku liczył 15 drużyn męskich i trzy żeńskie. Jeśli przyjąć średnio stan drużyny 30-35 harcerzy, to daje to liczbę 540-580 harcerzy i harcerek. Jest to liczba zbliżona do podanej przez Stefana Żurawskiego w książce pt. „Dzieje Sławna”. Autor na stronie 341 pisze, że: „W 1947 harcerstwo na Ziemi Sławieńskiej liczyło już 303 członków, a w rok później 350, a w końcu 1949 roku – 550 członków”.
    Cyfry te, w moim przekonaniu, oddają w pełni rzeczywisty stan ilościowy organizacji harcerskiej, bowiem w moich obliczeniach wychodzę na podobny wynik.
    Można sobie w tym miejscu zdać pytanie, czy to jest dużo, czy to jest mało. Jak zatem na tym tle przedstawiał się w tym samym okresie 1949 roku stan ilościowy innych organizacji na terenie powiatu. I tak:
    Związek Walki Młodych (ZMW) posiadał 1250 członków;
    Organizacja Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych (OM TUR) posiada 160 członków;
    Związek Młodzieży Wiejskiej (ZMW) WICI – posiadał 212 członków;
    Związek Młodzieży Demokratycznej (ZMD) – posiadał 67 członków.
    Z powyższego wynika, że harcerstwo pod względem liczebności stanowiło drugą, liczącą się organizację młodzieżową w powiecie. Jeśli uwzględnić to, że w tym okresie dochodzi do otwierania wielu nowych szkół i placówek oświatowych – co sprzyjało rozwojowi harcerstwa – to organizacja ta miała realne szanse przejęcia prymatu w powiecie i w tej dziedzinie. Okolicznością sprzyjającą dynamicznemu rozwojowi harcerstwa były specyficzne, interesujące młodzież, metody pracy, które mówiąc najkrócej wyrażały się hasłem „praca przez zabawę”.
    Ale tak się nie stało. Do zwielokrotnienia szeregów harcerskich nie doszło, gdyż już w 1947 roku zapadł, na najwyższym szczeblu władzy w naszym kraju, wyrok na ZHP.
    Nad harcerstwem zawisły czarne chmury, chociaż my, szeregowi harcerze nie zdawaliśmy sobie z tego faktu sprawy. Przyjmowaliśmy szybko następujące po sobie, szczególnie komendantów na szczeblu chorągwi, jako rzeczy normalne, nie budzące żadnych wątpliwości, jako potrzebne i uzasadnione. Już od tego czasu notuje się obejmowanie władzy nad harcerstwem przez zupełnie nowych ludzi, którzy o specyfice harcerskiego życia praktycznie nie mieli żadnej wiedzy. Jeśli do tego dodać, że w grudniu 1948 roku na naradzie komendanci chorągwi, wśród których nie było już ludzi z lat poprzednich, uchwalają rezolucję: „... zrywamy ze wszystkimi pozostałościami wychowania skautowego i harcerskiego, które są odbiciem ustroju kapitalistycznego i chcemy naszą robotę wykonywać na zasadach wychowania socjalistycznego...” to tylko cud mógł ocalić od likwidacji. Cudu jednak nie było. Likwidacja przypieczętowana została na początku 1950 roku uchwałą prezydium Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – o przejęciu kierownictwa nad Związkiem Harcerstwa Polskiego.
    Na tym też kończy się harcerstwo o ideologii Baden-Powellowskiej, a rozpoczyna nowy okres w życiu polskiego harcerstwa, w którym ulegają zmianie ideologia jak i symbolika, znaki i wszystko to, co dotychczas stanowiło harcerstwo.
    Jerzy Miller, który po 1956 roku sprawuje funkcję komendanta Koszalińskiej Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego, napisze później w swojej pracy pt. „Rola organizacji młodzieżowych w zagospodarowaniu Ziem Zachodnich”, iż „... w szeregach ZHP znalazła się młodzież, której nie odpowiadały cele realizowane przez ideowo-polityczne związki młodzieży polskiej”.
    Zdaniem autora tej myśli, harcerze pierwszego okresu po odzyskaniu wolności, to młodzież, której nie odpowiadały idee, jakie niosła ze sobą nowa rzeczywistość polityczna, to inaczej mówiąc, jeśli nie wrogowie, to przynajmniej element klasowo obcy. Dobrze jest znane hasło, robiące karierę w latach powojennych i funkcjonujące jeszcze w latach osiemdziesiątych, w czasach stanu wojennego: „kto nie jest za nami, ten jest przeciw nam”.
    Czy naprawdę byliśmy wrogami własnej ojczyzny? Czy harcerze tamtych lat, to rzeczywiście ideowo i politycznie obca Polsce młodzież. To polityczna herezja, która już dawno powinna się znaleźć tam – gdzie jej miejsce – na politycznym śmietniku!
    Przypatrzmy się zatem niektórym naszym druhom i druhnom z drużyn sławieńskich i darłowskich. Kim są obecnie, albo kim byli, gdyż wielu z nich już nie żyje. Czy rzeczywiście zasłużyli na pogardliwy przymiotnik „obcy”.
1. Janusz Konopka – zastępowy 1 SDH im. gen. Wł. Sikorskiego, obecnie jest profesorem zwyczajnym w dziedzinie fizyki, członek PAN.
2. Robert Konopka – jego brat, był przybocznym tej drużyny, a później drużynowym 2 SDH im. Bolesława Chrobrego – obecnie jest również profesorem i wykładowcą jednej z wyższych uczelni.
3. Stanisław Kinelewski z 1 SDH, to obecnie pracownik naukowy, katedra leśnictwa w SGGW.
4. Barbara Kisiel-Trzeszczkowska z 1 ŻSDH im. Emilii Plater, to absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku, dziś profesor tej uczelni i wykładowca średniej szkoły muzycznej w tym mieście. Jest wychowawcą licznego zastępu młodych pianistów.
5. Anna Stylo – z tej samej drużyny, jest artystką, malarką i cenionym grafikiem. Ilustratorka licznych książek dla dzieci i młodzieży.
6. Gwidon Kożuch z DDM ZHP, był zastępowym w tej drużynie, to dziś ceniony lekarz, pracujący jeszcze obecnie m.in. w policyjnej przychodni lekarskiej w Darłowie.
7. Henryk Kuryj z tej samej drużyny do niedawna szef kapitanatu portu w Kołobrzegu.
8. Tadeusz Galik z 1 SDH, był w latach siedemdziesiątych wysokim urzędnikiem państwowym i działaczem politycznym. Przez szereg lat pełnił funkcję wice wojewody koszalińskiego.
9. Czesław Basa z 1 SDH, obecnie pułkownik WP w Stanie spoczynku. Do niedawna piastował odpowiedzialne stanowisko w jednej z jednostek WP we Wrocławiu.
10. Jan Czapliński, Wiesław Stypuła, Andrzej Trzeszczkowski, Wiesław Woyczal, Marek Wilk, Krzysztof Dietrych, Robert Szanel, Stefan Mikołajewski, Leszek Pióro, to tylko niektórzy spośród licznego grona inżynierów różnych branż i specjalności, pracujących w ministerstwach i urzędach centralnych, instytucjach naukowych i pracowniach specjalistycznych w wielu polskich miastach.
    Można by jeszcze wymienić wiele nazwisk zarówno nauczycieli, inżynierów, dyrektorów różnych przedsiębiorstw państwowych i prywatnych jak chociażby Zbigniewa Trocia czy Jerzego Cabana. Poprzestanę na tych przykładach uznając, że są w pełni reprezentatywne i na tyle przekonywujące, aby oskarżenie o obojętności i letniości harcerskich serc na sprawy Polski, móc skutecznie odeprzeć.
    Informacja ta byłaby niepełna, gdybym do tego panteonu nie dodał jeszcze osoby Bogdana Chruślińskiego. Świadomie pominąłem tę postać we wstępnej części, aby teraz poświęcić nieco więcej miejsca, dla podkreślenia roli, jaką odegrał w całym procesie tworzenia struktur harcerskich w powiecie Sławno.
    Bogdan Chruśliński urodził się w dniu 17 maja 1926 r. w Żyrardowie. Do harcerstwa wstąpił w dniu 15 września 1938 r., zaś przyrzeczenie złożył w dniu 20 sierpnia 1939 roku. Stopień harcerza orlego zdobywa 20 września 1945 r. A więc w wieku 19 lat uzyskuje ten wysoki stopień harcerskiego wtajemniczenia, co świadczy o sporym doświadczeniu w radzeniu sobie ze sprawami nie tylko swoich podwalnych, ale w radzeniu sobie z całym szeregiem skomplikowanych spraw, wynikających z tworzenia od podstaw zrębów harcerskiego życia.
    Po przyjeździe do Sławna w 1945 r. z miejsca przystępuje do tworzenia organizacji harcerskiej. Mimo, że nie posiadał jeszcze w tym czasie nominacji na komendanta hufca, to jednak funkcje tę w istocie swojej pełnił. A więc nie posiadając jeszcze wtedy praw hufcowego, nawiązuje kontakt z kierownictwami nowopowstających szkół, zachęcając nauczycieli – dawnych harcerzy – do włączenia się w nurt pracy harcerskiej. Jeździ po terenie czym się da, najczęściej jednak rowerem, a nierzadko i pieszo, wobec braku środków masowej komunikacji. Jest wszędzie tam, gdzie to jest możliwe i potrzebne, aby nieść pomoc i wsparcie oddalonym od ośrodków miejskich drużynom.
    Komendantem hufca zostaje oficjalnie w dniu 15 kwietnia 1946 roku, na podstawie rozkazu Nr R.N.H.L 5/46 komendanta Gdańskiej Chorągwi ZHP z siedzibą w Oliwie. Rozkazem tym uzyskuje prawne umocowanie do prowadzonej przez siebie działalności, co pozwala śmielej niż dotychczas występować do czynników oficjalnych w gminach, powiecie i województwie.
    Już w czasie lata roku 1946 organizuje pierwszy obóz harcerski w Jackowie (obecnie Jarosławiec), będąc jego komendantem. W następnych latach, bądź to organizuje osobiście, bądź też współuczestniczy w organizacji obozów w Jackowie i Niechorzu. Organizuje szkolenia kadry instruktorskiej, inicjuje w drużynach biegi na stopnie i sprawności harcerskie. Czyni starania o zaopatrzenie w sprzęt, umundurowanie, a nade wszystko w żywność na obozy, której w tym czasie odczuwa się brak w sposób dotkliwy. Przy tej szczupłości informacji, jakie mam do dyspozycji, starałem się ukazać sylwetkę komendanta hufca na tle realiów tamtych czasów. Wyrażam przy tym pogląd, że hm. Bogdan Chruśliński, w czasie służby na tym stanowisku, dobrze przysłużył się organizacji harcerskiej.
    Aby nie powstało wrażenie, że przez cały czas trwania Polski Ludowej nic innego nie czyniono, tylko niszczono harcerstwo, pragnę w tej sprawie wyjaśnić co następuje. Był czas niszczenie harcerstwa i bezlitosnej z nim walki, to prawda, ale był też i czas, w którym na powrót mogły odżywać i zaistnieć, choć w ograniczonym zakresie, znaki harcerskie, symbolika i zwyczaje harcerskie, czym nawiązywać można było – wprawdzie jeszcze nie śmiało – do tradycji harcerskiej i tych wszystkich elementów harcerskiego obyczaju. W tym też miejscu należy wspomnieć, że powołana do życia po 1956 roku Komenda Hufca w Sławnie, a w szczególności komendant Paweł Blum, który wytworzył taki klimat, że stał się możliwy powrót dawnych harcerzy, działaczy harcerskich i instruktorów do czynnego uczestnictwa w życiu organizacji. To właśnie tej sprzyjającej atmosferze należy zawdzięczać, że powrócił do służby przedwojenny harcerz hm. Jan Folwarczyk. Powrócił również Henryk Furman – harcerz z 1 SDH im. gen. Wł. Sikorskiego. Powróciłem też i ja, obejmując funkcję drużynowego 17 DH im. Tadeusza Kościuszki. Komenda Hufca powierzyła mi jednocześnie pełnienie funkcji kapelmistrza chorągwianej orkiestry dętej ZHP, która działała w Sławnie na przestrzeni lat 1958-1963.  
 
2. Formowanie się struktur organizacyjnych hufca
 
    Przystępując do omawiania stanu organizacyjnego hufca należy na wstępie poczynić uwagę, że został on powołany do życia w sposób oficjalny – co już wcześniej zostało powiedziane – stosunkowo późno, bo dopiero w dniu 15 kwietnia 1946 roku. Stało się to na mocy rozkazu komendanta Gdańskiej Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego z siedzibą w Oliwie. Rozkazem tym upoważniony został h.o. Bogdan Chruśliński – mieszkaniec Sławna – do tworzenia struktur harcerskich na obszarze powiatu Sławno. Jednocześnie na stałą siedzibę komendy hufca wyznaczono miasto Sławno, stanowiące w tym czasie również siedzibę władz administracyjnych powiatu. Biurem komendy było mieszkanie prywatne komendanta, położone przy ul. Gdańskiej 8 (d. Armii Czerwonej).
    Wyjaśnić w tym miejscu należy przyczynę wydania rozkazu przez komendanta Gdańskiej Chorągwi ZHP, a nie Zachodnio-Pomorskiej Chorągwi w Szczecinie.
    Otóż prze jakiś czas na przełomie lat 1945 i 1946 powiat nasz należał do województwa gdańskiego, ponieważ skomplikowała się w tym czasie sytuacja w samym Szczecinie, w związku z roszczeniem strony niemieckiej prawa do lewobrzeżnej części miasta. Podstawę roszczeń stanowił układ graniczny zawarty na konferencji poczdamskiej w sierpniu 1945 roku. W tej to części, która praktycznie była potężnym zespołem dzielnic, w których funkcjonowały wszystkie urzędy, zakłady przemysłowe, gdzie też mieściła się cała infrastruktura techniczna jak gazownie, elektrownie, wodociągi itp., bez których prawobrzeżna część nie mogła funkcjonować, miała według tego układu przypaść Niemcom. Skarga Polski w tej sprawie została rozstrzygnięta – jak wiemy z historii – na naszą korzyść. Powstałe w międzyczasie komplikacje oraz niepewność losów miasta sprawiły, że władze polskie zmuszone były zarządzić ewakuację zainstalowanych tam już wielu polskich urzędów, w inne rejony kraju. Spowodowało to ten skutek, że w przeciągu niespełna półtora roku powiat nasz przechodził trzykrotną zmianę przynależności do województwa. Po wyjaśnieniu się tej kwestii, sprawy wchodzące w zakres administrowania harcerstwem, załatwiała odtąd Zachodnio-Pomorska Chorągiew ZHP w Szczecinie.
    To, że komendę hufca powołano dopiero w kwietniu 1946 r. w niczym nie przeszkadzało we wcześniejszym powstawaniu w terenie drużyn. Kilka z nich bowiem powstało jeszcze w 1945 r., dzięki temu, że organizatorami ich byli nauczyciele, którzy niekiedy w momencie otwierania szkół, zawiązywali równocześnie drużyny harcerskie, nie czekając na żadne odgórne wytyczne.
    Należy zauważyć, że na Ziemiach Zachodnich i Północnych początki były znacznie trudniejsze niż gdziekolwiek indziej w głębi kraju, ponieważ to w sposób dotkliwszy odczuwany był brak ludzi przygotowanych do pełnienia funkcji kierowniczych.
    Harcerstwo nie było pod tym względem jakimś wyjątkiem. Te same problemy trapiły harcerstwo co i władze odpowiedzialne np. za zorganizowanie sprawnego aparatu administracji państwowej czy samorządowej. Skąd wziąć przygotowane kadry zdolne udźwignąć ten ciężar. W pracy na niwie harcerskiej to zapotrzebowanie na kadry było tym większe, że tu chodziło o kształtowanie prawidłowych cech osobowych młodych ludzi, których charaktery, skutkiem długotrwałej wojny uległy w pewnej części deprawacji. W pierwszym szeregu tej pracy w harcerstwie stali drużynowi i w związku z tym na nich spoczywała największa odpowiedzialność za powodzenie całej akcji.
    Samo utworzenie komendy hufca, jakkolwiek stanowiło dobry krok postawiony we właściwym kierunku, to jeszcze nie przesądzało w sposób zasadniczy o powodzeniu całego przedsięwzięcia. O wszystkim dopiero mieli zadecydować właśnie ludzie.
    Najodpowiedniejszymi ludźmi do sprostania tym zadaniom mieli okazać się nauczyciele. Również i przed wojną z tej grupy zawodowej wywodziło się najwięcej instruktorów harcerskich. Stąd i teraz pilnie oczekiwano pomocy właśnie od tej grupy ludzi.
  
W tym miejscu należy wspomnieć o nauczycielu Państwowego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Sławnie – Tadeuszu Łaszczu, który w dopiero co otwartej szkole, doprowadził we wrześniu 1945 roku do zorganizowania dwóch drużyn harcerskich. Pierwszą z nich była drużyna męska, która przybiera sobie za patrona Zawiszę Czarnego. Druga to już żeńska drużyna. Patronką tej drużyny zostaje obrana Emilia Plater. Zrazu obie drużyny były o niepełnych stanach osobowych, gdyż np. 8 września 1945 roku, tj. w dniu otwarcia tej szkoły, było zaledwie 14 uczniów. Dosłownie z każdym dniem przybywało uczniów, a co się z tym wiąże i członków obu tych drużyn. Z końcem roku 1945, drużyny te skupiały w swoich szeregach z górą 70 harcerek i harcerzy. W tym miejscu należy sprostować błędną informację w zacytowanej już książce „Dzieje Sławna”, w której autor wymienia obie te drużyny, lecz nazwę męskiej podał niewłaściwie. Mianowicie wpisał imię Tadeusza Kościuszki, a przecież była to drużyna im. Zawiszy Czarnego. Uznać to należy za drobną i oczywistą pomyłkę. Dodam tylko tyle, że żadna z drużyn sławieńskich w tamtym okresie nie nosiła imienia tego wielkiego polskiego bohatera narodowego. A szkoda!
    W tymże 1945 roku, w miesiącach wczesnojesiennych dochodzi w Darłowie do powstania drużyny harcerskiej o specjalności morskiej. Organizatorem jej był przedwojenny harcerz Kalinowski. Drużyna ta, oprócz zagadnień typowo harcerskich, czynnie uczestniczy w tym, co kryje się pod ogólną nazwą „popularyzacja wśród młodzieży zagadnień morskich i wychowania morskiego”. Realizując to hasło prowadzi w zastępach szkolenie żeglarskie na sprawność sternika. Drużynie tej burmistrz miasta Jan Dulewicz przekazuje duży obiekt przy ul. Tkackiej 1, w tzw. zabezpieczenie, aby uchronić budynek przed dewastacją i szabrownictwem, które były zmorą tamtego okresu. Harcerze wywiązywali się z tego zadania w sposób celujący. Dziś w tym obiekcie mieści się jedna z darłowskich szkół podstawowych.
    „Ilekroć przechodzę koło tej szkoły – powiedział mi czas jakiś temu doktor Gwidon Kożuch – zawsze doznaję dziwnego uczucia, które pozwala mi być dumnym z faktu, że dzięki mojej drużynie budynek ocalał i służy młodemu pokoleniu”.
    W styczniu 1946 roku, przy jedynej jeszcze wtedy w Sławnie szkole powszechnej (obecnie Szkoła Podstawowa nr 2), powstaje drużyna harcerska, której założycielem jest również wspomniany wyżej Tadeusz Łaszcz, który w tej drużynie pełnił funkcję drużynowego. Tak więc będąc kierownikiem szkoły i drużynowym w jednej osobie, godził jednocześnie tę funkcję z funkcją nauczyciela w gimnazjum, będąc przy tym opiekunem założonej przez siebie tam drużyny. Drużynie tej zostaje nadane imię Bolesława Chrobrego. Jest to liczna drużyna, składająca się z czterech dziesięcioosobowych zastępów, co z zastępowymi, przybocznym i drużynowym wyrażało się liczbą znacznie przekraczającą 40 harcerzy.    
   
W początkowym okresie – jak pamiętam – oprócz zabaw i gier terenowych, zdobywaliśmy wiedzę ogólnoharcerską, niezbędną do zaliczenia egzaminu na stopień młodzika. W terminologii harcerskiej, egzamin ten, jak zresztą wszystkie inne sprawdziany, nazywany był próbą. Tak więc próba na ten stopień miała być przeprowadzona jeszcze jesienią 1946 roku. Jednak w terminie tym do niej nie doszło. W takiej sytuacji drużynowy wyznaczył nowy cel – przyrzeczenie harcerskie. Mieliśmy złożyć przyrzeczenie, do którego i teraz należało się solidnie przygotować, tak indywidualnie jaki i zbiorowo. Uroczystość przyrzeczenia była dużym wydarzeniem dla całego harcerstwa sławieńskiego. Nadszedł wreszcie dzień 29 maja 1947 r. Wieczorem tego dnia, na polance w lasku komunalnym, opodal wiekowego dębu, przy ognisku, składaliśmy przyrzeczenie na proporzec hufca (który pełnił rolę sztandaru). Przyrzeczenie przyjmował członek Komendy Chorągwi w Szczecinie phm. Antoni Błaszczak. Program artystyczny, uświetniający tę uroczystość prezentowały wszystkie sławieńskie drużyny. Składał się on głównie z recytacji, krótkich skeczy, no i oczywiście śpiewów, ze sztandarową piosenką harcerską „Płonie ognisko i szumią knieje” – na czele.
    Nieco później, ale jeszcze w 1946 roku, zawiązuje się w tej szkole drużyna żeńska. Jej historia nie jest mi bliżej znana. Znam pewne szczegóły, ale nie mając pewności co do ich prawdziwości, tak co do osób jak i działalności, poprzestanę jedynie na tej skromnej informacji. Prowadzę w tej sprawie korespondencję z jej członkiniami, ale do obecnej chwili nie udało mi się uzyskać istotniejszych informacji.
    Również w roku 1946 powstaje w Darłowie drugą drużyna. Tym razem jest o koedukacyjna drużyna, grupująca młodzież męską i żeńską z Państwowego Gimnazjum i Liceum Handlowego. Drużynowym jest Eugeniusz Strużyński. Również i losy tej drużyny nie są mi jeszcze dokładnie znane, dlatego tylko krótka o niej wzmianka. Jestem w posiadaniu kilku zdjęć drużyny i one będą moim przewodnikiem w rozmowach z osobami tam uwiecznionymi.
    Kolejną drużyną powstałą tego roku, jest drużyna przy Szkole Podstawowej w Starym Sławnie (obecnie Sławsko). Założycielem był kierownik szkoły, Edmund Plank. Drużynowym został mianowany Zenon Klich – uczeń gimnazjum w Sławnie, który będąc członkiem drużyny Zawiszy Czarnego, był funkcyjnym w tej drużynie. Przybocznym był Jerzy Rudenko. Była to dwuzastępowa drużyna, która – jak obecnie wspomina jej przyboczny – większych sukcesów, poza zbiórkami, uroczystym ogniskiem z okazji przyrzeczenia i kilkoma próbami na sprawności – nie posiadała. Jerzy Rudenko jest skromny w swoich wypowiedziach, gdyż nie wspomina nic o próbie na pierwszy stopień – młodzika. Żeby dobrze przygotować się do tej próby należało przecież nauczyć sie sporo, np. opanować samarytankę, traperkę, znać dobrze historię skautingu i harcerstwa. Gdy do tego jeszcze dodać znajomość topografii, sygnalizacji alfabetem Morse’a i coś tam jeszcze, to ten rzekomy brak sukcesu wydaje mi się być ogromnym sukcesem.
    W tymże 1946 roku powstają jeszcze dwie dalsze drużyny, a mianowicie: we Wrześnicy i Starej Warszawie (Warszkowo). Założycielami tej pierwszej drużyny byli: Robert i Wiesław Szenelowie i Tadeusz Gajewski – wszyscy mieszkańcy tej wsi. Drużynowym został Robert Szanel, uczeń sławieńskiego gimnazjum, który był też „Zawiszakiem”.
    Nietypowa była to drużyna, gdyż różniła się od innych tym, że skupiała w swych szeregach harcerzy trzech bezpośrednio ze sobą graniczących wsi: Wrześnica, Pałówko i Nosalin. Ta nietypowość wyrażała się m.in. i tym, że w każdej wsi funkcjonował mały oddział zwany plutonem, składający się z 3 do 4 zastępów.
    Warty odnotowania jest też fakt, że drużyna ta nie powstała przy ani z inicjatywy czy też bezpośrednio kierownika szkoły, lecz jakby poza nią. Drużyna przybiera sobie za patrona prezydenta miasta Warszawy – Stefana Starzyńskiego.
    Jej rozwojem i działalnością, spośród czynników miejscowych, w największym stopniu interesował się i wspomagał w miarę możliwości – wójt Gminy Wrześnica Jankowiak.
    W trakcie zbierania materiałów ustaliłem, że oprócz zagadnień typowo harcerskich, drużyna zajmowała się również wystawianiem przedstawień teatralnych. Pomocą reżyserską i przygotowaniem kostiumów i dekoracji służyli państwo Dykutowscy i Szymurowie. Widowiska te prezentowane były w pobliskich miejscowościach, wszędzie wzbudzając wielkie zainteresowanie. Harcerze też byli inicjatorami wystawienia (jeszcze w 1946 roku) krzyża przydrożnego, który z pomocą społeczeństwa został wykonany i uroczyście poświęcony przez ks. Jęczkiewicza. Jak mi powiedział Zbigniew Szanel, b. członek tej drużyny, zarówno umundurowanie jak i wyposażenie harcerzy było bardzo zróżnicowane i bardzo złe. Mundurki typowo harcerskie rzadko kto posiadał. Przeważały więc ubrania cywilne, które starano się poprzez dodanie pasa głównego, furażerki lub w najlepszym razie jakiejś sfatygowanej rogatywki, stworzyć pozór umundurowania. Często też do pasa, zamiast finki, przypinano długie wojskowe bagnety, o które w tamtych latach było najłatwiej. Tak wyekwipowana drużyna maszerowała przez najbliższe wioski, wszędzie wzbudzając sensację z tej przyczyny, że bardziej przypominała oddział partyzancki, gdzieś z lasów kielecczyzny niż drużynę harcerską. Ten stan trwał jednak niedługo, gdyż już w dniu 3-go maja 1947 widzimy tę drużynę regulaminowo umundurowaną.
    Założycielem drużyny w Starej Warszawie był Leon Wielkopolan – nauczyciel w miejscowej szkole powszechnej. Jaki był stan organizacyjny tej drużyny, ilu i kto do niej należał, jakim sprzętem dysponowali i wiele jeszcze szczegółów, mam nadzieję poznać w najbliższym czasie. Sam na razie nie wiem w jaki sposób mogę je zdobyć, ale liczę na nadzwyczajny przypadek.
    Praca z drużynami wiejskimi, w porównaniu do drużyn miejskich, była bardzo ciężka. Tutaj o sukces było trudno, wymagało wiele pracy i wyrzeczeń. Harcerze należący do tych drużyn nie mieli wiele czasu dla siebie. Musieli pomagać swoim rodzicom w gospodarstwach. W miesiącach jesienno-zimowych na powietrzu niewiele można zdziałać, stąd też pozostawały praktycznie tylko niedziele. Dlatego za sukces należy uważać, każdą ciekawą zbiórkę, każdą przeprowadzoną próbę na stopień bądź sprawność. Natomiast dużym sukcesem było posiadanie przez cały stan osobowy drużyny w miarę kompletnego umundurowania. Z tym było w tamtych latach najtrudniej. W sklepach gotowych mundurków nie było, a zatem pozostawało szycie. Zielony drelich od czasu do czasu można było kupić i on stanowił znakomity materiał na wymarzony mundurek.
    Wreszcie słowo o dziewiątej z kolei drużynie, które jest zaledwie wzmianką, jakimś nie do końca pewnym sygnałem o istnieniu drużyny harcerskiej w Polanowie. Brak jakichkolwiek danych uniemożliwia w tym momencie wskazania podstawowych informacji na ten temat. Jedno wydaje się być pewne: drużyna harcerska w tym mieście funkcjonowała! Przekonywała mnie o tym pani Kucharska, emerytowana nauczycielka, która w tym okresie a więc od 1946 roku pracowała w tej szkole. Również z informacji pisemnej, jaką otrzymałem od ostatniego hufcowego A. Trzeszczkowskiego wynika, że wizytował osobiście tę drużynę. Innego zdania jest obecna dyrektorka szkoły podstawowej, która nie wie nic o istnieniu drużyny. Swoje stanowisko, które jest bardziej domniemaniem niż pewnikiem, wywodzi się stąd, że w kronice szkolnej, prowadzonej od 1946 r. nie ma w tym zakresie żadnej wzmianki.
    W 1947 roku wraz z rozwojem liczebnym drużyny przy Szkole Podstawowej w Sławnie zaszła konieczność dokonania przegrupowań, mających na celu usprawnienie funkcjonowania, poprzez utrzymanie stanu osobowego drużyny w granicach 45 harcerzy. I tak z dniem 11 stycznia 1947 r. dwa zastępy, wywodzące się ze starszych klas, a prowadzone przez zastępowych Bogusława Kociłowicza i Stefana Mikołajewskiego z 2 SDH im. Bolesława Chrobrego, przeniesione zostają do drużyny przy gimnazjum. Gimnazjalnej drużynie, noszącej dotychczas imię Zawiszy Czarnego, nadane zostaje nowe imię – generała Władysława Sikorskiego. W tym stanie organizacyjnym, obie te drużyny przetrwały do likwidacji, która nastąpiła jesienią 1949 roku.
    Sama likwidacja harcerstwa nie nastąpiła nagle, tak z poniedziałku na wtorek. Była procesem trwającym około trzech lat, w ciągu których następowały systematycznie demontaż organizacji. Proces ten rozpoczął się od wymiany kadry w Głównej Kwaterze w Warszawie i w komendach poszczególnych chorągwi. Jednym z następnych etapów na tej drodze przemian, było dokonanie zmiany tekstu przyrzeczenia harcerskiego. Rozwojem sytuacji... „próbują kierować różne siły i ośrodki od Związku Walki Młodych poprzez resort oświaty do ugrupowań wojskowych. To, co dla społeczeństwa jest świadectwem ciągłości i słuszności wpajanych przez harcerstwo ideałów, staje się dla niektórych powodem podejrzeń lub nawet niechęci”.
    Takim jaskrawym przykładem zaprowadzenia nowych porządków nawet na najniższym szczeblu harcerstwa, bo w drużynach była zmiana wielobarwnych chust i krajek na czerwone chusty i takież krawaty. Z nowym porządkiem harcerstwo spotkało się w lipcu 1949 roku na chorągwianym obozie harcerskim w Jasieniu koło Bytowa. Ten ogromny obóz był zorganizowany przez komendę Zachodnio-Pomorską w Szczecinie i składał się z kilku podobozów, po 3-4 hufce. Podobóz żeński zlokalizowany był w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań tej wsi, natomiast podobozy męskie zlokalizowane były w pobliskim lesie.
    Hufiec sławieński, wspólnie z hufcami miasteckim, choszczeńskim i gryfickim, stanowił wspólny podobóz. Komendantem grupy sławieńskiej był ćwik Robert Konopka, który był drużynowym 2 SDH.
    Dzień 22 lipca był dniem świątecznym, a w związku z tym nie były prowadzone żadne zajęcia poza sportowymi i świetlicowymi. W tym to dniu komenda obozu postanowiła urozmaicić nieco porządek dnia zarządzając zbiórkę całego stanu osobowego na placu apelowym w Jasieniu. Przybyłe na tę zbiórkę hufce – jak wspomina uczestnik tego obozu Tadeusz Maciejuk – spotkała niespodzianka. Na dużym stole, stojącym tuż przy maszcie flagowym, leżały przygotowane do wręczenia czerwone chusty i krawaty. W pewnej chwili zjawiła się komenda obozu z komendantem na czele. Zabrał on głos wyjaśniając powód nadzwyczajnego spotkania i bez zbytniej ceremonii poinformował, że z tą chwilą każdy harcerz i harcerka winni tę chustę założyć, podnosząc jedną wziętą ze stołu na wysokość wyciągniętej ręki. W tym momencie powstał pomruk w hufcach, który wzmagał się, gdyż coraz to nowe hufce włączały się do tego ogólnego tumultu. Trudno było zapanować nad porządkiem na placu, bez rozkazu odmaszerowały ze śpiewem do swoich podobozów, pozostawiając na placu komendę z całym tym majdanem. Relacja naocznego świadka tego zdarzenia jest zgodna z opisem, jaki przedstawił mi wymieniany już A. Trzeszczkowski.
    Tak zakończyła się pierwsza próba narzucenia harcerstwu pomorskich hufców przez ośrodki polityczne o innej orientacji, swojej dominacji. To niepowodzenie z chustami nie zniechęciło ludzi odpowiedzialnych za wdrażanie nowego modelu harcerstwa, a wręcz odwrotnie, wzmogła ich działania dla osiągnięcia zamierzonego celu. Skutkiem tych działań była owa słynna już uchwała prezydium Zarządu Głównego ZMP o przejęciu kierownictwa nad Związkiem Harcerstwa Polskiego.
    Na tym kończy się też harcerstwo o ideologii Baden-Powellowskiej, a rozpoczyna się okres w życiu polskiego harcerstwa, w którym ulegają zmianie zarówno tradycja, symbolika, znaki, ideologia i wszystko to, co dotychczas stanowiło harcerstwo.
 
3. Praca w drużynach
 
    Jakimi zagadnieniami żyły drużyny, czym się zajmowały, jak wyglądała na co dzień praca zastępu – tej najmniejszej komórki organizacyjnej w ramach struktury harcerskiej. Na te i na inne jeszcze pytania będę się starał odpowiedzieć, bazując głównie na przykładach zaczerpniętych z mojej macierzystej drużyny, którą była 1 SDH im. Wł. Sikorskiego. Zanim do niej jednak zostałem przeniesiony, należałem do 2 SDH im. B. Chrobrego. Był to zatem zaledwie krótkotrwały epizod w całej mojej służbie, w trakcie której nie zdążyły mieć jeszcze miejsca istotne wydarzenia wynikające z przynależności do harcerstwa.
    Ten krótki, bo w sumie zaledwie pięcioletni okres mojej przynależności, był wystarczająco długi, aby dać się zauroczyć tą organizacją. Ta fascynacja brała się stąd, że ideały zaszczepione tam i wówczas zapadły głęboko w sercach. Takie wartości jak: umiłowanie własnego kraju, praw Boskich i ludzkich, szacunek dla pracy y ludzi pracy, prawdomówność, ofiarność i wiele innych cech wpajane były na co dzień, najczęściej w toku gier i zabaw, na biwaku, zbiórce, obozie czy przy ognisku harcerskim.
    Tak więc najważniejsze wydarzenia w mojej i moich współdruhów służbie odnoszą się do 1 SDH. Właśnie w tej drużynie, podobnie jak moi koledzy, złożyłem przyrzeczenie harcerskie, zdobyłem stopień młodzika, kontynuowałem naukę na kolejny stopień, uzyskałem 15 sprawności, uczestniczyłem w obozie harcerskim w Jackowie. Brałem też udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach podejmowanych przez moja drużynę i hufiec.
    Przyrzeczeniu, jako ważnemu wydarzeniu w życiu każdego harcerza poświęciłem już wcześniej kilka zdań, przy okazji omawiania poprzedniego tematu. Obecnie dodam tylko, że aktowi temu starano się nadawać zawsze uroczysty charakter, poprzez stosowny ceremoniał. Miał on na celu dostarczenie ich uczestnikom takich wrażeń i przeżyć, które są zdolne wywrzeć piętno na psychikę młodych ludzi w najważniejszym okresie formowania się właściwych postaw.
    Również ważnym zagadnieniem, któremu poświęcano wiele uwagi, to podnoszenie wiedzy ogólnoharcerskiej, tak w zakresie teorii jak i praktycznych zajęć terenowych. I tak w ramach realizacji tego hasła, w czerwcu 1947 roku przeprowadzona była próba na kolejny stopień  - wywiadowcę. Przystąpiło do niej z naszej drużyny kilkunastu harcerzy.
    Należy przy tym dodać, że próby, czy to na stopnie czy też na sprawności, najczęściej były przeprowadzane w czasie letnich obozów. Warunki obozowe, poprzez skoszarowanie, z jednej strony oraz brak obciążeń uczestników innymi zajęciami, sprzyjały pod każdym względem tego rodzaju przedsięwzięciom.
    Drużyny sławieńskie, gdyż z konieczności informacja ta została zawężona do nich, zorganizowały, bądź współorganizowały z innymi drużynami 5 obozów czterotygodniowych. Pierwszy z nich już miał miejsce w lipcu 1946 roku w Jackowie (Jarosławiec). Zorganizował go komendant hufca hm. Bogdan Chruśliński, pełniąc na nim jednocześnie funkcję komendanta obozu. W następnym roku zorganizowano już dwa turnusy (również w Jackowie), po cztery tygodnie każdy. Komendantem był drużynowy Witold Róg, a oboźnym Jan Czapliński. W 1948 roku obóz letni był również zorganizowany nad morzem, w okolicach Niechorza koło Trzebiatowa. Brak bliższych danym uniemożliwia podanie choćby składu osobowego komendy obozu. Ostatnim obozem, jaki był organizowany w 1949 roku, a więc prawie w przededniu rozwiązania harcerstwa, był chorągwiany obóz w Jasieniu koło Bytowa. O tym obozie, na którym reprezentowany był cały hufiec, uczyniłem wzmiankę przy okazji opisywania próby wprowadzenia do harcerstwa czerwonych chust. Komendantem grupy Sławno był ćwik Robert Konopka, a oboxnym najprawdopodobniej jego brat Janusz.
    Jeśli chodzi o ciekawsze wydarzenia w całym pięcioleciu, które w sposób szczególny utkwiły, to z cała pewnością do nich należy uroczystość – w jakiej uczestniczyli również harcerze w 1947 roku – z okazji święta 3 Maja. Uroczystość ta rozpoczęła się mszą św. polową, którą odprawił ówczesny proboszcz parafii ksiądz Ludwik Orestes Mazur. Ołtarz był usytuowany na rynku po jego wschodniej stronie, na zwałowisku gruzów, jakie powstały po wypalonych budynkach, skutkiem powojennej pożogi, która strawiła dużą część miasta, w tym całe śródmieście.
    Harcerze w szyku drużyn zajmowali miejsce na placu w znacznym oddaleniu od ołtarza, przy którym zgrupowały się ówczesne władze administracyjne i polityczne, dorosła część społeczeństwa oraz młodzież szkolna. Po mszy nastąpiły okolicznościowe przemówienia, a po nich, na zakończenie uroczystości, harcerze zaprezentowali się w czasie defilady. Do tej defilady przygotowywaliśmy się dłuższy czas. Myślę, że podobnie postąpiły i inne drużyny, gdyż defilada wypadła imponująco. Według zgodnej opinii jej obserwatorów, cała uroczystość była wielkim wydarzeniem w powojennym Sławnie.
    Również do ciekawszych wydarzeń tamtego okresu należy zaliczyć uroczystość w Białogardzie, jaka miała miejsce z okazji poświęcenia sztandaru, ufundowanego przez społeczeństwo dla tamtejszego hufca ZHP. Była to uroczystość pomyślana i przeprowadzona z wielkim rozmachem organizacyjnym. O rozmiarze uroczystości może świadczyć chociażby to, że wzięło w niej udział kilka tysięcy harcerek i harcerzy z całego terenu działania Zachodnio-Pomorskiej Chorągwi ZHP, tj. z 24 hufców. Żeby tylko przewieźć w obie strony, należało uruchomić kilka specjalnych pociągów z różnych kierunków ówczesnego województwa szczecińskiego.
    Miasto Białogard, to jednak miasto kolejarzy z racji ważnego węzła kolejowego. W tym mieście funkcjonowały i miały swoją siedzibę kierownictwa decyzyjne wielu służb w zakresie utrzymania ruchu kolejowego, stąd też w tym środowisku łatwiej „przechodziły” te sprawy, które w innych miastach powiatowych były niemożliwe do załatwienia.
    A więc udaliśmy się do Białogardu specjalnym pociągiem, wagonami towarowymi, który wyruszył ze Słupska. Nasz hufiec dołączył do tego pociągu, w którym jechały hufce słupski, bytowski i miastecki. W Koszalinie dołączył miejscowy hufiec i w takim składzie dojechaliśmy do Białogardu. Z innych kierunków też nadjeżdżały pociągi przywożące harcerzy. W tym dniu było zielono id mundurków i wielobarwnie od kolorowych chust.        
    Uroczystość główna miała miejsce na stadionie sportowym położonym chyba daleko za miastem, ponieważ marsz ze stacji wydawał się nigdy nie kończyć. Sam stadion był położony w rozwidleniu torów kolejowych, usytuowanych za wysokich nasypach. Uroczystości poświęcenia, jak i wręczenia sztandaru nie jestem w stanie opisać. Jakkolwiek w niej uczestniczyłem, to jednak zdaje się, że zajmowaliśmy na nim gdzieś odległe miejsce i to chyba jest przyczyną, że tej części uroczystości nie pamiętam. Natomiast znakomicie pamiętam defiladę kończącą oficjalną część uroczystości. Włożyliśmy w nią wszystko na co było nas stać. Byliśmy ogromnie z siebie zadowoleni, ale wnet miało się okazać, że każdy z hufców odczuwał to samo co my i tak samo był z siebie zadowolony, że odniósł sukces. Miernikiem tego sukcesu była spontaniczność publiczności zgromadzonej wzdłuż całej trasy przemarszu, która jak okazało się wszystkich jednakowo nagradzała oklaskami.  Tak już chyba jest, że w sytuacji, gdzie nie ma wyraźnego lidera wszyscy uczestnicy określonej imprezy mają prawo czuć się zwycięzcami.
    Po głównych uroczystościach nadszedł czas na tradycyjną grochówkę z wkładką. Po posiłku był czas wolny, a więc okazja do rozmów i zawierania nowych znajomości, wymiany adresów. Wieczorem wracaliśmy do domów pełni niezapomnianych wrażeń i oczarowani białogardzkim spotkaniem.   
    Warte wspomnienia są również poczynania naszej drużyny w kierunku utworzenia własnej orkiestry dętej. Bezpośrednim impulsem do tego był występ w Sławnie harcerskiej orkiestry dętej ze Słupska. Był to liczny, bardzo dobrze przygotowany i znakomicie umundurowany zespół, który w Sławnie zrobił prawdziwą furorę. Nie jest znana okazja z jakiej występowali w Sławnie, chociaż to dzisiaj nie jest ważne. Ważne jest natomiast to, że tym występem „zarazili” nas chęcią posiadania czegoś podobnego. Sprawa nie była tak skomplikowana, jakby się na pozór wydawało, gdyż wśród członków naszej drużyny było sześciu harcerzy, którzy na co dzień grali w orkiestrze Powiatowego Domu Kultury w Sławnie, a mianowicie: Janusz Konopka – klarnet, Witold Róg i Ryszard Dietrich trąbka, Bogdan Dec i Robert Konopka – tenor, Stanisław Poprawski – alt. Ponadto Zbigniew Jost – członek naszej drużyny – posiadał pewne doświadczenie w grze na werblu i on był uwzględniony w składzie nowo formowanej orkiestry. Było jeszcze co najmniej dwóch instrumentalistów spośród harcerzy, ale ich nazwiska uległy zapomnieniu. Tak więc dziewięć osób, tzw. czynnych orkiestrantów mógł z powodzeniem stanowić zalążek przyszłej orkiestry. Tak też się stało, gdyż jeszcze w 1949 roku w składzie około 12-14 orkiestrantów, w której oprócz wymienionych grali również młodsi wiekiem członkowie ze wzmiankowanej wyżej orkiestry PDK np. Stanisław Szatkowski – puzon i inni, wystąpiła po raz pierwszy jako orkiestra ZHP, prowadząc hufiec do kościoła na nabożeństwo. Z jakiej okazji to się działo trudno dziś dociec. Co się tyczy repertuaru, to nie było z tym żadnego kłopoty, gdyż w części był już opanowany. Pozostał jeszcze do opanowania repertuar tzw. oficjalny tj. hymn harcerski i kilka okolicznościowych melodii z repertuaru harcerskiego.
    Według mojej orientacji orkiestra ta tylko raz jeden wystąpiła, ponieważ likwidacja harcerstwa, która niebawem nastąpiła, położyła wszystkiemu kres.
 
4. Stan posiadania
 
    Myślę, że nie od rzeczy będzie na zakończenie tego opracowania poświęcić kilka słów stanowi posiadania niektórych drużyn i ich zasobności w bazy i sprzęt. O ile drużyny wiejskie nie posiadały w zasadzie sprzętu typowo harcerskiego i ani też własnych harcówek, o tyle stan wyposażenia w sprzęt o tym charakterze przez drużyny miejskie był zgoła inny. Odniosę się tu do dwóch drużyn – wodniackiej z Darłowa i 1 SDH im. gen. Wł. Sikorskiego w Sławnie.
    Darłowska drużyna morska, posiadała własną bazę w postaci wspomnianego już budynku przy ul. Tkackiej 1. Według zgodnej opinii jej członków, była ona wyposażona w sprzęt pływający w postaci 3 dużych łodzi wiosłowych przystosowanych do przybrzeżnych rejsów morskich. Posiadała ponadto znakomite wyposażenie mundurowe. Każdy harcerz posiadał trzy mundury marynarskie: jeden tzw. ćwiczebny, drugi – jesienno-zimowy i trzeci – letni, wyjściowy, zwany też galowym.
    Zapobiegliwość, to jakby wrodzona cecha, to szósty zmysł, którym dobry harcerz musi się kierować. Także i w przypadku tej drużyny, cechy te wyraźnie się uzewnętrzniają, np. przy okazji gromadzenia sprzętu pływającego. W zasadzie poza trzema łodziami wiosłowymi (dwie czteroosobowe i jedna sześcioosobowa) żadnego innego sprzętu, typowego dla drużyn lądowych, jak namioty i in., drużyna nie posiadała. Zresztą nie czyniła w tym kierunku żadnych starań czy zabiegów, uważając, że sprzęt pływający w zupełności wystarcza do realizowania nakreślonych zadań programowych.
    Jak wspomina b. członek tej drużyny, dziś lekarz i szanowany obywatel tego miasta – Gwidon Kożuch – „wejście w posiadanie tych łodzi nie można do końca uznać za legalne, gdyż nieco kłóci się to z Prawem harcerskim. Członkowie drużyny postanowili – wobec niemożności legalnego nabycia – czasowo zarekwirować kilka łodzi, bez wyraźnego określenia terminu ich zwrotu. Czyniliśmy też próby nabycia łodzi, jednak bez rezultatu. Kupić nie było gdzie, a ci, co je posiadali, nawet w nadmiarze, nie wyrażali chęci ich zbycia. Nam bynajmniej nie chodziło o wyłączne prawo posiadania ich, lecz o umożliwienie korzystania z nich. To by nas w zupełności zadawalało. A tak. to zrobiliśmy, co zrobiliśmy”.
    Opowieść ta ze względu na ciekawą fabułę i napięcia dramaturgiczne, zasługuje na zacytowanie jej w całości. A więc po kolei:
    W pobliskiej wsi Witowo (obecnie Wicie), w której stacjonował mały oddział wojsk radzieckich, stała przycumowana do słupów falochronu flotylla składająca się z kilkunastu łodzi wiosłowych. Kilka dalszych było wyciągniętych na brzeg. Od czasu do czasu żołnierze wypływali, wspólnie z rybakami niemieckimi na połów ryb. Wywiedzieli się o tym harcerze i po przeprowadzeniu kilku wywiadów terenowych, wspólnie uznali, że jest możliwe uprowadzenie tych łodzi. Ustalony został precyzyjny plan działania, w wyniku którego zostały przydzielone poszczególnym uczestnikom wyprawy wycinkowe zadania. Całością kierował osobiście drużynowy Kalinowski. Wybrali dla siebie korzystne warunki pogodowe. Zapadający wiosną wcześnie zmrok, był sprzymierzeńcem całej operacji, której nadany został kryptonim „Wiosło”.
    Wszystko poszło gładko i sprawnie, zarówno dotarcie na miejsce, odcumowanie łodzi jak i odpłynięcie na bezpieczną odległość. Jakoś, po pół godzinie wiosłowania „na najwyższych obrotach” spostrzegliśmy, że wyruszył za nami pościg. A więc cała operacja okazała się nie być wcale taka niezauważalna.
    W tych warunkach pościg nie miał większych szans powodzenia. Widać zdali sobie z tego sprawę ścigający, bo zaprzestali dalszego pościgu, dając za wygraną. Jeszcze tylko w naszym kierunku oddali kilka serii z broni maszynowej i zawrócili do Witowa. Strzały te nie mogły uczynić nam nic złego, gdyż odległość dzieląca nas była zbyt wielka. W tych warunkach „pepesza” – podstawowa broń piechoty armii radzieckiej tamtych lat – przy prowadzeniu ognia w sposób ciągły, była bronią nieskuteczną. Tylko jasne ogniki na ciemniejącym nieboskłonie i głuchy huk wystrzałów, świadczyły o tym, że ścigający strzelają, ale już tylko dla formalności, nie wierząc w skuteczność swych poczynań.
    Późnym wieczorem minęliśmy główki falochronu, co oznaczało dla nas koniec wyprawy. Byliśmy w porcie. Dalej płynęliśmy kanałem portowym pod osłoną ciemności aż do kładki, gdzieś na wysokości kina „Bajka”. Tam zostały zacumowane i odpowiednio zamaskowane. Po upływie około tygodnia, w ciągu którego bacznie obserwowaliśmy cały teren, wyczekując na rozwój wydarzeń. Nic nadzwyczajnego nie zaobserwowaliśmy, co wskazywałoby na poszukiwania, a zatem mogliśmy przystąpić do pracy. Najpierw dokonaliśmy oględzin stanu technicznego, a następnie zabraliśmy się do usuwania drobnych usterek no i oczywiście do przemalowania, przygotowując je do nowej służby na morzu pod banderą ZHP.
    Z racji odmiennych funkcji, drużyna sławieńska im. gen. Władysława Sikorskiego posiadała wyposażenie odpowiednie do potrzeb. Wprawdzie nie posiadała kompletów umundurowania, mając tylko jedno, to regulaminowe, za to posiadała znakomite wyposażenie w potrzebny sprzęt. Dysponowała harcówką, najpierw w baszcie słupskiej, a gdy ta okazała się niewystarczająca, zajmowała dwa lokale mieszkalne w jednym budynku przy ul. Sienkiewicza. Dzięki zapobiegliwości i pomysłowości wnet stała się właścicielem typowego wyposażenia. Otrzymał z placówki Wojsk Ochrony Pogranicza w Darłowie 4 namioty 15 osobowe, 2 czteroosobowe, dużą ilość pałatek, saperek, kilofów, łomów i latarki elektryczne. Również otrzymała pewną ilość konserw mięsnych, co w owych czasach było bardzo cennym nabytkiem z racji występujących trudności aprowizacyjnych. Wszystko to stanowiło dar tej jednostki, do czego przyczynił się dowódca tej placówki, były przedwojenny harcerz, który doskonale rozumiał potrzeby swoich młodszych kolegów. Nazwisko tego oficera, niestety, utonęło w ludzkiej niepamięci – a szkoda. Mam jednak nadzieję, że przy dołożeniu maksimum starań uda się tę lukę wypełnić i wpisać tę osobę do panteonu harcerskiej chwały.

 

Źródło: www.slawno.zhp.pl

Losowa Fotka
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

made by Pieta © 2005 - 2017

Powered by